Dni robią się krótsze, wieczory dłuższe, a telewizor i telefony coraz częściej przegrywają z pytaniem: „co robić po kolacji?". Odpowiedź, która wraca do polskich domów od kilku lat z rosnącą siłą, leży w pudełku. Planszówki przeżywają złotą erę — półki z grami zajmują w sklepach coraz więcej miejsca, a jesień to naturalny początek domowego sezonu planszowego. Jak zacząć kolekcję, żeby się nie zniechęcić i nie przepłacić? Więcej znajdziesz tutaj: sprawdź aktualne promocje.
Pierwsza gra ma znaczenie
Najczęstszy błąd początkujących to start od gry zbyt skomplikowanej. Kupujemy tytuł polecany przez zapaleńców, po czym rodzina utyka na dwudziestej stronie instrukcji i pudełko ląduje na szafie na zawsze. Tymczasem dobra gra na początek tłumaczy się w pięć minut, a partia trwa kwadrans do pół godziny. Sprawdzone kierunki to szybkie gry karciane, proste gry kafelkowe i rodzinne tytuły z prostymi zasadami, w które zagra i ośmiolatek, i babcia. Cena? Przyzwoitą grę imprezową kupimy za 40–70 zł, solidny tytuł rodzinny za 90–150 zł. To mniej niż jedno wyjście rodziny do kina, a rozrywki starcza na dziesiątki wieczorów.
Gdzie kupować i kiedy polować na ceny
Gry planszowe kupimy dziś wszędzie: w księgarniach, marketach, sklepach z zabawkami i internecie. Ceny tego samego tytułu potrafią się różnić o kilkadziesiąt złotych, więc przed zakupem warto porównać kilka źródeł. Dyskonty spożywcze co jakiś czas wrzucają gry do oferty tygodniowej w bardzo dobrych cenach — to loteria asortymentowa, ale bywa, że trafiają się perełki. Szczyt promocji przypada tradycyjnie na listopad, przed gorączką prezentową. Jeśli gra ma być pod choinkę, opłaca się cierpliwość. Jeśli ma umilić październikowe wieczory — po prostu ją kupmy, radość odroczona o dwa miesiące to żadna oszczędność.
Kolekcja rośnie sama, ale warto nią sterować
W domowej kolekcji dobrze mieć trzy szuflady: coś szybkiego na 15 minut, coś rodzinnego na godzinę i coś na dłuższe posiedzenia przy stole w większym gronie. Zanim dokupimy czwartą grę tego samego typu, lepiej uzupełnić brakującą kategorię. U mnie w domu przez lata królowała jedna jedyna gra ekonomiczna i dopiero odkrycie krótkich gier karcianych sprawiło, że graliśmy naprawdę często — próg „wyjmij, rozłóż, graj" robi ogromną różnicę na co dzień.
Granie to tani sport zespołowy
Jest jeszcze jeden argument, o którym mówi się za mało. Wspólna partia to godzina bez ekranów, przy której naturalnie rozmawia się o wszystkim — psychologowie od lat wskazują wspólne granie jako jeden z najprostszych rytuałów budujących domowe więzi. A licząc czysto po kupiecku: gra za sto złotych rozegrana trzydzieści razy kosztuje trzy złote za wieczór dla całej rodziny. Żadna inna rozrywka nie schodzi do takich stawek. Jesień i zima dopiero się rozkręcają — to dobry moment, żeby pierwsze pudełko trafiło na stół.